Wywiad - Rzeczpospolita

Zaczęło się od wiadra z wodą

Wywiad z Marianem Jankowskim przeprowadziła Grażyna Błaszczak (15.05.2002 r.)

Rz: Pana ścieżka zawodowa jest niezwykle bogata…
MARIAN JANKOWSKI: Uczyłem matematyki, zarządzałem gospodarstwem rolnym, prowadziłem pracownię krawiecką, miałem sklep, a teraz jestem licencjonowanym doradcą podatkowym. W zależności od sytuacji na rynku pracy jestem w stanie dokształcać się, aby zdobyć nowy zawód i zmienić branżę. Tego samego uczę swoich pracowników.

Karierę zawodową rozpoczynał pan 30 lat temu. Czy już wtedy planował pan jej zmiany?
Ależ skąd! Byłem młodym nauczycielem matematyki i lubiłem swoją pracę. Z Sandomierskiego przyjechałem do Białobrzegów koło Radomia. Szybko jednak zrozumiałem, że sama satysfakcja z pracy nie wystarczy mi do życia. Potrzebne są pieniądze, które szczęścia nie dają, ale czynią człowieka wolnym. Kiedy przyszło mi mieszkać w służbowym mieszkaniu, w którym zimą zamarzała woda w wiadrze, postanowiłam, że muszę skończyć dzienne studia w Warszawie i zmienić zawód na bardziej popłatny. Wtedy otworzą się dla mnie nowe możliwości – myślałem.

I otworzyły się?
Nie od razu. Wiedziałem, że sam muszę znaleźć do nich klucz, czyli zdobyć nowy zawód. Zdawałem więc na dzisiejsze SGH, czyli dawny SGPiS, na studia dzienne, i udało się. Pieniądze na utrzymanie i naukę zdobywałem, pracując w spółdzielniach studenckich. Dawałem korepetycje z matematyki i wykonywałem prace porządkowe.

Po studiach ekonomicznych okazało się jednak, że, by realizować ambicje zawodowe, musi pan wrócić na prowincję.
Tak. Zostałem, używając obecnej terminologii, menedżerem gospodarstwa rolnego o powierzchni kilku tysięcy hektarów. Dostałem z żoną tzw. nakaz pracy i objęliśmy posady najpierw w eksperymentalnym PGR koło Kętrzyna, a potem w Spółdzielczym Kombinacie Rolniczym Bisztynek. Moja kariera nie trwała tam jednak zbyt długo, ponieważ okazało się, że prawa ekonomiczne niekoniecznie muszą sprawdzać się w uspołecznionych gospodarstwach. Dla mnie, jako zarządzającego gospodarstwem rolnym, nie do przyjęcia było łamanie tych praw i zasad racjonalnej gospodarki, np. spędzanie bydła z całego regionu tylko po to, aby któryś z notabli zobaczył, jak prężnie działa socjalistyczne gospodarstwo.

I w efekcie swoich działań został pan bezrobotnym ekonomistą z dyplomem, gdy w kraju wprowadzono stan wojenny.
Tak, rozpoczął się okres, w którym nie liczyły się dyplomy. Zacząłem bacznie obserwować rynek i postanowiłem, że z rolnika mogę przekwalifikować się na krawca. Wróciłem bliżej stolicy, do Brwinowa, gdzie otworzyłem zakład krawiecki. Okazało się, że prowadzenie krawiectwa jest niemożliwe bez zdania zawodowego egzaminu – teoretycznego i praktycznego. Powiedziałem więc sobie: Marian, dasz radę – i zdobyłem tytuł czeladnika krawieckiego. Będąc krawcem, zarabiałem przyzwoite pieniądze. Nauczyłem się nie tylko szyć, ale również projektować, a także składać i remontować maszyny szwalnicze. Materiały przywoziłem z Niemiec. I tak stałem się menedżerem, który pracuje na okrągło, bez zegarka w ręku. Dzięki temu dorobiłem się domu z działką i nowego golfa. To był namacalny dowód nie tylko sukcesu zawodowego, ale także materialnego.

Wkrótce musiał pan odkurzyć dyplom, bo okazało się, że pana zakład nie jest w stanie konkurować z importowaną, tanią odzieżą z Chin.
Niestety. Biznes krawiecki przestał się opłacać, więc zająłem się handlem. Choć byłem zahartowany w bojach z urzędnikami, bo studiowałem na bieżąco przepisy, to przegrałem z przemytem. Sklep z polskimi, solidnymi ubraniami stracił rację bytu, gdy na straganach pojawiła się tania odzież z przemytu. Przyznaję, że wtedy załamałem się. Mam znowu zaczynać od nowa, zmieniać branżę?
Żona namówiła mnie jednak do dalszego dokształcania i zmobilizowała do działania. Prowadziła biuro rachunkowe, a ja miałem przy okazji zajmować się doradztwem podatkowym. Znowu musiałem zaczynać od początku, poznawać tajniki przepisów. Dopiero gdy udało mi się odzyskać dla jednej spółki nadpłacone podatki z tytułu różnic kursowych, uwierzyłem, że mogę pracować jako doradca podatkowy. Miałem jednak świadomość, że brakuje mi specjalistycznej, teoretycznej wiedzy.

I w wieku 40 lat wrócił pan na uczelnię?
To była trudna, ale świadoma decyzja. W 1995 r. ukończyłem podyplomowe studia na SGH o specjalności prawo podatkowe, a dwa lata później kurs na doradcę podatkowego. Dziś w swoim biurze w Legionowie obsługuję ponad 50 firm i rozliczam klientów indywidualnych. Moi pracownicy też muszą się cały czas uczyć. Przepisy przecież szybko się zmieniają. Samokształcenie, gdy już ma się zawód, jest bardzo ważne, aby z tego zawodu nie wypaść.

Czy, patrząc z perspektywy czasu, nie wolałby pan, zamiast ciągłej gotowości do zmian, przenoszenia się z miasta na wieś, zdobywania nowych zawodów, pozostać nauczycielem?
Nie, mimo swoich 50 lat nadal jestem gotowy na zmiany i zdobywanie nowych doświadczeń. Ostatnio zacząłem nawet uprawiać publicystykę zawodową. Gdyby okazało się jednak, że moja firma nie przynosi dochodów, rzuciłbym doradztwo podatkowe i zajął się tym, co daje, oprócz satysfakcji, także godziwe zarobki. Jeśli byłoby to oczyszczanie miasta, to czemu nie. Dziwię się tym, którzy żyją nadal w czasach realnego socjalizmu i uważają, że im się należy. Moim zdaniem, przebudowa świadomości ludzi bezrobotnych powinna być naczelną zasadą walki z bezrobociem. Jak zrodził się nowy zawód – doradca podatkowy, tak też zrodzi się następny – specjalista do walki z bezrobociem.
Wierzę w to...